piątek, 2 maja 2008

Bad night in Oslo part 1

-Kurwa!- krzyknał Loki gdy uzbrojona w szpony łapa wilkołaka rozorała jego przedramię do krwi. Bynajmniej nie zaklął z powodu bólu, bo ten akurat był nieodłączną częścią jego nie-życia i Wampir nauczył się go ignorować. Ale ten przeklęty sierściuch zniszczył jego ulubiony płaszcz...
-Wiesz zasrańcu ile to kosztowało?- powiedział odskakując od przeciwnika i chwytając za obrzyn umiejscowiony w olstrze na udzie
-Mam nadzieję że nagroda za Ciebie starczy na nowy- Mruknął i wystrzelił z obu luf naraz, nawet kimś tak silnym jak on, targnął odrzut. Drobinki śrutu, wymieszanego ze srebrem pokrył ciało wilkołaka, wywołując nieopisany ból. Loki stanął nad wijącą się w agonii kreaturą i patrzył nań, czerpiąc perwersyjną przyjemność z owej sceny. Po chwili, nie czekając aż ofiara łaskawa będzie zdechnąć, ukląkł i dobył maczety. Powoli, dokładnie jął odrąbywać łeb jeszcze żywemu garou, nucąc przy tym "People=Shit" SlipKnota, przy czym People zmienił na Werewolves. Trza przyznać, że Wampir polubił tak zwany "Metal", ciężkie brzmienia jakoś napawały go optymizmem.
-Na Bogów jak Ty cuchniesz- mruknął krzywiąc się
-Jesteś gorszy niż ten skurwiel Thor, a on się nigdy nie mył- Dodał po chwili chowając trofeum do torby, musiał mieć dowód, że polowanie zakończyło się sukcesem, wszak kto zaufa na słowo szalonemu Wampirowi? Nikt i dlatego Loki był cynglem na usługach Księcia Oslo. Trzymaj przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. I to się sprawdzało. On wykonywał najbrudniejszą robotę z psychopatyczną wręcz pasją, oni mu płacili i dawali wolną rękę w sprawie likwidacji opozycji. A tej było wiele. Bezklanowcy, Sabat...Wilkołaki...czasem jakiś Upadły. Ostatnio nawet jego "rodzinka" zaczęła się budzić. Tak więc Wampir miał pełne ręce roboty, choć przeklinał czasem takie dni jak dzisiejszy...kiedy idzie się na prostą robotę i dostaje nielichy wpierdol. "Wilkołak jest słaby" mówili...taak słaby. Przed nim leżał teraz ahorun Pomiotu Fenrisa, najprawdopodobniej główny wojownik caernu z Oslo. Trzystukil0wa maszyna do zabijania. Jedynie swym umiejętnościom Wampir zawdzięczał fakt, że żyje. Czasem podejrzewał, że sam Książę podaje mu fałszywe nieco dane aby się go pozbyć. Pech w tym, że Loki był naprawdę potężny...w końcu czwarte pokolenie to już nawet nie rzadkość...to unikat.

Teraz zaś spokojnym krokiem kierował się do Pałacu po nagrodę. Nie spodziewał się odwetu ze strony kumpli zabitego, przynajmniej nie dziś. Drzwi otworzył jak to miał w zwyczaju, z kopa. Strażnicy natychmiast unieśli broń...i równie szybko ją opuścili...wiedzieli, ze nie daliby mu rady, byli za wolni...za słabi. Jedynie najlepiej wyszkoleni Assamici stanowili dla niego zagrożenie...i na szczęście jeszcze żaden się nim nie zainteresował. Loki z uśmiechem przyglądał się przerażeniu jakie gościło na twarzach reszty Spokrewnionych...a zwłaszcza samego Księcia. Lecz dziwić im się nie wolno...Ravnos, który skosztował krwi Malkavianina...zaiste Loki linię krwi miał ciekawą i przerażającą. Rzucił głowę na biurko, za którym siedział Jormund z klanu Vemtrue. Książę Oslo. Jego niska, otyła sylwetka drżała na sam widok zabójcy.
-Ten był silny, podwójna stawka- powiedział Loki chłodnym tonem...wiedział, że mężczyzna będzie się spierał, ale i tak da za wygraną i przystanie na żądanie
-Ale jak to? przecież to zwykły garou...ledwie szczenię- wysapał Jor z trudem ukrywając drżenie głosu
-Moja dupa a nie szczenię- odpowiedział zabójca, wyjmując łeb z worka i pokazując tatuaż za lewym uchem.
-Alfa stada z Oslo, więc jak? Płacisz czy mam zadzwonić do jego kumpli? A wtedy będziesz miał na głowie całe zasrane norweskie stad0- rzekł obojętnym wciąż tonem pochylając się nad Księciem. Gdyby wampiry się pociły to Jormund byłby teraz przemoczony do suchej nitki...jego strach był niemal namacalny. Drżącymi ze strachu rękoma sięgnął do szuflady biurka i wyjął zeń dwa pliki banknotów po tysiąc euro każdy.
-Ja nie wiedziałem- mruknął wręczając Lokiemu pieniądze
-A ja jestem sierotka pierdolona Marysia- odpowiedział tamten odbierając zapłatę i chowając ją do kieszeni płaszcza. Księcia i resztę zatkało na taką bezczelność, nikt jednak nie wyżekł słowa, toteż Loki skierował się do wyjścia.
-A i jeszcze jedno...tydzień wolnego- rzucił zatrzaskując za sobą drzwi. Nie dostrzegł już ręki Księcia sięgającej po telefon.

Introducing Loki

Głód...palący Głód ludzkiej krwi... To uczucie rozpalało umysł Thora gdy budził się ze swego letargu. Ile spał? Nie wiedział...choć na pewno długo. Gdy Inkwizycja w imieniu tego całego Chrystusa wkroczyła na ziemie Północy, nie było już miejsca dla takich jak on. Samozwańczych Bogów, których imiona budziły lęk i szacunek. Wtedy postanowił zapaść w sen...przeczekać. Który to był rok? 1400? Chyba tak...choć nie pamiętał dokładnie. Ostatnie co pamiętał to głowa Odyna, jego Ojca Krwi odcinana przez jednego z tych śmiertelników...Czuł złość iż tak nędzne istoty zdołały zabić tak potężnego Wampira. Lecz nie czas teraz na przemyślenia...czas się posilić. Ubrał swe skóry i przypasał miecz. Powolnym krokiem wyszedł z jaskini...ze swego dobrowolnego więzienia. W oddali ujrzał jakąś wioskę, Feeria świateł uderzyła w niego...dużo się zmieniło odkąd zapadł w sen, Trzoda bardzo posunęła się w rozwoju.
-To będzie ciekawe- Mruknął pod nosem i ruszył. Biegł tak szybko jak tylko Spokrewnieni potrafią, nasycając swoje zmysły doznaniami z tego nowego świata. Zapach spalin...odgłosy miasta...wszystko takie dziwne...gdzież się podziały czasy gdy królowała stal? Ciężko mu chyba będzie przyzwyczaić się do tylu zmian. Nim jeszcze dotarł do miasta, do tego zbiorowiska brudu, zamkniętego w wysokich, murowanych budynkach, wyczuł znajomą woń...woń która nie tylko atakowała nozdrza, lecz i jakiś dziwny, ukryty zmysł. Trzoda...jeden człowiek...blisko....bardzo blisko. Tak, tam za drzewem, Mężczyzna ok 20 lat. Nie poczuł nawet, gdy Thor jednym skokiem wylądował na jego plecach i wbił zęby w tętnicę. Słodka krew spływała do gardła Wampira, uzupełniając jego nadwątlone przez wieki snu siły. Gdy już wychłeptał całą Vitae, wstał ocierając usta i uważniej przyjrzał się ofierze. Dziwne spodnie...kurta zapięta a bez guzików...cóż to się porobiło. Już miał zdjąć ubranie z człowieka, lecz jednak duma wzięła górę nad rozsądkiem. On...Thor syn Odyna nie założy łachów, które miała na sobie Trzoda. Nawet nie ukrył ciała..."któż ośmieli się podnieść rękę na Boga" pomyślał i ruszył w stronę miasta, tym razem już krokiem spokojniejszym, wszak pierwszy głód nasycił. Chłonął wszystkimi zmysłami otoczenie. Im bliżej był miasta, tym mocniej odczuwał jak świat się zmienił, jak wiele potrwa nim na powrót nim zawładnie, by przywrócić chwałę należną mieszkańcom Asgardu. Ludzie, których mijał dziwnie na niego patrzyli, słyszał ich śmiechy, widział jak wytykają go palcami, chciał rzucić się na nich...rozszarpać gołymi rękami, lecz wiedział, że to jeszcze nie czas. W jakim zaułku trafił na kolejną ofiarę...młoda kobieta, jej Vitae była wyjątkowo słodka...
-Oj Thor, Thor, wiecznie dumny i wiecznie głupi- usłyszał nagle znajomy, przepełniony drwiną głos. Spojrzał w górę i ujrzał go... Na dachu parterowego budynku przykucnął mężczyzna w długim, czarnym płaszczu, z rękawami pokrytymi runami. Jego długie, jasne włosy sięgały połowy pleców, zaś w niebieskich oczach czaił się obłęd. Thor od razu rozpoznał Wampira...Loki, ten który ich zdradził Inkwizycji i wydał na śmierć
-Zabiję Cię!- krzyknął, dobywając miecza, wieki treningu uczyniły jego dłoń pewną. Zakręcił kilka razy młynka i stanął w pozycji do walki. "to będzie szybkie starcie" pomyślał widząc iż oponent nie ma broni.
-Zabijesz mnie? Tą wykałaczką?- Zaśmiał się Loki, a jego ręka błyskawicznie sięgnęła do kabury pod pachą i dobyła pistoletu.
-Nigdy nie potrafiłeś się dostosować do otoczenia- powiedział, uśmiechając się paskudnie... i pociągnął za spust. Igilca zderzyła się ze spłonką, wywołując eksplozję ładunku miotającego, niewiele głośniejszą od klaśnięcia, dzięki zamontowanemu na lufie tłumikowi. Siła gazów odsuneła w tył zamek pięknie zdobionej Beretty, wyrzucając pustą łuskę. Pocisk z uranowym trzpieniem pomknał z ponadźwiękową prędkością, trafiając w głowę Thora. Eksplodował, rozrywając czaszkę i zdobiąc okoliczne ściany kawałkami kości i mózgu, przetkanymi plamami krwi. Loki spokojnym ruchem uniósł broń na wysokość twarzy i teatralnie zdmuchnał niewielką smużkę dymu wydobywającą się z lufy. Schował broń i zeskoczył wprost obok ciała swego Brata Krwi
-Czasy się zmieniły Braciszku, nie ma w nich miejsca dla zapomnianych Bogów- Rzekł i odwrócił się na pięcie ruszając w sobie tylko znanym kierunku. Przez chwilę słychać jeszcze było cichy śmiech szaleńca...