sobota, 14 lutego 2009
Rose from Dublin
-It was down the glen, one easter morn, to a city fair rode i. When iron line of a marching men, in squadrons passed me by.- Po chwili dołączyła do niej reszta żałobników.
-No pipe did hum, nor battle drum did sound it's dread tatoo. But the Angelus Bell over Liffey Swell rang out in the Foggy Dew.- Nikt ze stojących nad grobami poległych w powstaniu nie zwrócił uwagi na zbierających się wokół brytyjskich żołnierzy. Każdy z zebranych na cmentarzu stracił podczas tych walk coś więcej niż bliską osobę... Wszyscy stracili chęć do życia.
-Ride proudly high, over Dublin Town, they hang out the flag of war. Cause it's better to die neath' an irish sky, then at Sulvea or Sud el Bar.- Między głosy śpiewających wdarł się trzask odciąganych zamków od muszkietów.
-And from the plains of the Royal Neath, strong men came hurrying through. While britannian hounds, with their long range guns sailed into the foggy dew.- Nim zmilkły te ostatnie słowa, powietrze przeszyła salwa z karabinów. Rosie nie poczuła nawet kiedy kula trafiła ją w tył głowy, posyłając wprost na świeżą mogiłę.
-Już zawsze będziemy razem ukochany.- Szepnęła jeszcze, nim życie jej wyciekło na ziemię razem z krwią, wprost na grób Patricka... Jeden z żołnierzy przysięgał potem przy kieliszku, iż widział jak szkarłat ów rozlewa się na kształt pięlnej róży...
sobota, 18 października 2008
Bad night in Oslo part 2
Do świtu pozostało jeszcze około dwóch godzin, gdy Loki zajechał swoim Jaguarem przed bramę strzeżonego osiedla na przedmieściach Oslo. Strażnik poznał wóz i siedzącego w nim mężczyznę, więc tylko pomachał mu na przywitanie i wdusił na konsolecie przycisk otwierający ciężkie, pancerne wrota. Wampir odmachał mężczyźnie i uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że zabezpieczenia, którymi się otaczał, czy to ów strażnik z półautomatycznym MP5 przewieszonym przez ramię czy też kilkumetrowe ogrodzenie z betonu zwieńczone drutem pod napięciem i opatrzone bramą zdolną wytrzymać ostrzał czołgu nie były w stanie zatrzymać większości z jego przeciwników, lecz nic sobie z tego nie robił. Mieszkał tu tylko dlatego, że było drogo, a on uwielbiał otaczać się luksusami, nawet zbędnymi. Skręcił w lewo, kierując samochód na podziemny parking, z którego windą mógł dojechać wprost do salonu swojego domu.
-O taaak!- Na myśl o czekającym go wypoczynku poczuł miły dreszczyk
-Gorąca kąpiel i długi sen, może nawet zadzwonię po którąś z moich dziewczynek... Co jest kurwa?!- Nagłe uderzenie od spodu poderwało do góry jego wóz i przewróciło na dach. Zdążył tylko pomyśleć, iż prawdopodobnie była to mała mina przeciwpancerna, gdy poczuł jak seria z automatu rozrywa mu ramię. Wampir, najszybciej jak tylko mógł sięgnął pod siedzenie kierowcy, chwytając umieszczony tam skrócony M-16 i magazynki -jeden ze srebrnymi kulami i jeden z nabojami UV. Starając się ignorować ból w lewym ramieniu, a raczej jego resztkach, odczołgał się od wozu w stronę jednego z filarów podtrzymujących strop podziemnego parkingu.
-Ludzie lub Rodzina- Powiedział sam do siebie analizując któż śmiał go zaatakować... Na pewno nie były to wilkołaki, gdyż oni nie stosowali nowoczesnej broni ani techniki... na swoje nieszczęście. W takich chwilach jak ta, Loki znów przekonał się, że warto wypić tyle krwi, ile tylko jego organizm jest w stanie zmagazynować. Skoncentrował się mocno na zranionej ręce i po chwili poczuł znajome mrowienie, jeszcze kilka minut i nie będzie nawet blizny, ale teraz czas na działanie. Załadował magazynek z nabojami UV, specjalnie zaprojektowanymi przeciw innym wampirom i ostrożnie wyjrzał zza rogu. Ujrzał to, czego się spodziewał. Napastnik, odziany w czarny strój kamuflujący przykucnął za wrakiem samochodu, sam nieco tylko wysuwając głowę i patrząc w stronę filaru. Miał śniadą, południową cerę, co mogło świadczyć tylko o jednym... Pierdolony Assamita. Loki wiedział, że jedyną szansą na przeżycie, było dostanie się do domu i czekającej tam zbrojowni. Spojrzał na drzwi windy, od których dzieliło go niecałe 50 metrów.
-Czas na zabawę- Powiedział sięgając do kieszeni po swojego I Poda i wsuwając do uszu słuchawki.
-Let the bodies hit the floor, let the bodies hit the floor, let the bodies hit the floor, let the bodies hit the... FLOOR!- Wraz z ostatnim rykiem wokalisty Drowing Pool wampir wyskoczył zza filaru i kierując lufę w stronę samochodu, za którym krył się zabójca, pociągnął za spust. Pociski wbiły się w karoserię, uniemożliwiając Assamicie ruch, bez narażania się na ostrzał... i o to właśnie Lokiemu chodziło, o czas... Dziecię Haqima do amatorów jednak nie należało, więc w ślad za biegnącym do windy wampirem poszybował granat fosforowy. Na szczęście odbił się od ściany i wybuch jedynie przysmażył nieco nogę Lokiego, mała cena za znalezienie się we w miarę bezpiecznym miejscu. Wampir wcisnął przycisk z napisem SALON i opadł na podłogę windy, znów kierując moc ożywczej Vitae do leczenia ran. Przez 20 sekund jazdy dźwigiem zdołał zregenerować siły na tyle by móc poruszać się tylko z niewielkim trudem. Utykając wszedł do domu i tak szybko jak tylko pozwalała mu na to poparzona noga, ruszył do szafy we wnęce. Nie mając czasu na siłowanie się z systemem elektronicznym, po prostu wyrwał zamek i otworzył szeroko drzwi swojej prywatnej zbrojowni. Nie zastanawiał się długo, tylko chwycił nóż, wyprofilowany i naostrzony na modłę japońskiego Tanto, tylko nieco dłuższy. Przymocowawszy pochwę do paska, wziął do ręki ciężki rewolwer Colt, jakiego używa się do po9lowań na bizony. Żadna inna broń nie zdałaby się na wiele w ciasnym pomieszczeniu. Nim winda znów przyjechała, wioząc drugiego wampira, Loki przestrzelił jeszcze żyrandol. Wprawdzie obaj adwersarze doskonale widzieli w ciemności, lecz Nord uznał, że tak będzie po prostu zabawniej. Gdy usłyszał dzwonek windy, wpakował w rozwierające się drzwi kabiny pozostałe pięć nabojów, po czym jeszcze dla pewności rzucił w Assamitę ważącym prawie 3 kilo rewolwerem. Syn Haqima roześmiał się tylko, lecz dzięki temu Loki uzyskał kilka cennych sekund. Użył ich tak jak podpowiadał instynkt. Skoczył ku napastnikowi, jednocześnie dobywając noża i koncentrując moc płynącej w nim Vitae na Akceleracji. Wyszkolony do perfekcji Assamita również przywołał swe wrodzone moce, lecz uczynił to o ułamki sekundy za późno, przez co nie zdążył zareagować i tylko poczuł jak ostrze Norda rozcina mu głęboko policzek. Po zadaniu ciosu Loki odskoczył w tył i uniósł rękę z nożem nieco przed siebie i do wewnątrz, stosując ogólnie znany, choć niemal idealny w swojej prostocie manewr zastawy. Assamita miał nieco inną technikę. W przeciwieństwie do norwega, trzymał nóż ostrzem skierowanym do przeciwnika, nie zaś jak Loki, sztychem w dół. Dawało to nieco przewagi w dystansie, lecz ograniczało możliwości wyprowadzania krótkich, mocnych ciosów. Arabski wampir wykonał kilka łatwych do sparowania cięć i pchnięć chcąc poznać możliwości przeciwnika. Loki podjął tę grę, celowo niedbale i jakby ospale reagując na ataki. Zachęcony wizją łatwego i szybkiego pojedynku Assamita dał się wciągnąć w pułapkę. W czasie, który musze starczyłby na jedno uderzenie skrzydłami, syn Haqima rzucił się w przód, celując ostrzem w tętnicę Norda. Loki uchylił się nieznacznie, pozwalając by nóż drasnął niegroźnie jego szyję, dając mu jednocześnie szansę precyzyjnego uderzenia. Assamita za późno dostrzegł błąd, jaki uczynił skracając dystans. Niczym doskonała brzytwa, ostrze blondwłosego wampira zagłębiło się w jego płuca i wywołało eksplozję bólu, niemal zwalającą araba z nóg. Krew napłynęła do ust Assamity i gdyby nie to, iż wampiry nie oddychają, udusiłby się nią w kilka sekund. W tym świecie nie ma miejsca na błędy i niedoskonałość i obaj przeciwnicy o tym wiedzieli. Arab zapłaci najwyższą cenę za swą brawurę. Loki chwycił nadgarstek wampira i wykręcił mocno, zmuszając do wypuszczenia ostrza. Kontynuując ów ruch i wykorzystując przy tym pęd ciała Assamity, obrócił go plecami do siebie i chwycił za włosy, podrywając jego głowę do góry, po czym wgryzł się mocno w tętnicę szyjną przeciwnika. Ciepła krew spływała mu do gardła, przyjemnie drażniąc podniebienie. Loki pił powoli, napawając się bolesną agonią przeciwnika. Gdy posilił się już, wyrwał nóż z martwego ciała syna Haqima i schował swoje ostrze do pochwy. Usiadł na podłodze, pozwalając by świeża Vitae krążyła po jego ciele, lecząc rany i wlewając nową energię w jego mięśnie. Loki cierpliwie czekał aż rany się zasklepią, zastanawiając się, któż pragnie jego śmierci. Podejrzewał samego Księcia Oslo, lecz nie miał dowodów, choć z drugiej strony Jormuund nie odważyłby się wynająć Assamity, ta sprawa musi sięgać daleko.
-Zresztą chuj z tym, nawet jeśli zabójcę nasłał sam najwyższy lord Ventrue, albo Arcybiskup Sabatu na Norwegię, to i tak go znajdę, wypatroszę, a z jego moszny zrobię nowy kurwa portfel- Warknął sam do siebie wampir. Teraz musiał poszukać nowej lokalizacji na kryjówkę. Tu już nie był bezpieczny, miał jednak sieć schronień o których wiedział tylko on i jego wieloletni pracownik. Trzeba tylko wybrać najodpowiedniejsze miejsce. Loki sięgnął po komórkę i wykręcił numer Thurma, swojego jedynego przyjaciela i osobistego zarządcy majątku. Musiał przyznać, że nikt nie zna się na interesach jak ten mały Parias o lisich oczkach.
-Thurm, tu Loki... Podstaw samochód pod mój dom. Jesteśmy w gównie po zęby trzonowe
-Górne czy dolne?- Padła beznamiętna odpowiedź.
-Nie pierdol tylko przyjeżdżaj, poziom wkurwicytów w mojej krwi osiągnął masę krytyczną- Mruknął Nord i sięgnął do kieszeni po paczkę fajek, natrafiając jedynie na zmięte i postrzępione jej resztki.
-I kup Marlboro... Czerwone setki!- Rzucił jeszcze po czym się rozłączył. Wiedział, że mężczyzna będzie za kilka minut więc wstał z podłogi i począł się szybko pakować. Broń, pieniądze z podręcznego sejfu, kilka garniturów, płaszcz. Wszystko z czym czuł jakikolwiek związek. Gdy usłyszał klakson samochodu, podszedł do komputera i ominąwszy system zabezpieczeń przeciwpożarowych, zajął się oblewaniem pokoju benzyną. Na koniec podszedł do drzwi wyjściowych i obejrzawszy się raz jeszcze na swój stary dom, rzucił zapałkę na mokry od paliwa dywan. Gdy otwierał drzwi pasażera w pięknym, starym BMW słychać już było syreny straży pożarnej.
-Zalety mieszkania na drogim osiedlu, coś się stanie i właściwe służby pojawiają się szybciej niż powiesz "konstantynopolitańczykowanieczka". No, chyba że akurat atakują Cię wampirzy zabójcy. Ale i tak lubiłem tą chatę- Mruknął Loki pod nosem.
-Trzysta tysięcy euro poszło się jebać jak dziwki ze szwedzkich filmów porno z lat sześćdziesiątych- Dodał z goryczą otwierając paczkę fajek, którą Thurm bez słowa mu podał i od razu przypalając jednego. Parias cierpliwie czekał, aż jego przyjaciel spokojnie wypali i ochłonie trochę, po czym się odezwał.
-Masz jeszcze trzy miliony na koncie plus odsetki, udziały w trzech prywatnych klinikach i sklep internetowy- Powiedział jak zwykle beznamiętnie.
-Sklep internetowy?- Zdziwił się Loki -A co ja kurwa sprzedaję?
-Muzykę i ubrania dla metali i gothów- Odparł kierowca, wciąż tym samym jednolitym i rzeczowym tonem, który nawet Henry'ego Kissingera doprowadziłby do skrajnej irytacji pomieszanej z wątpliwością we własny talent do olewania ludzi.
-Z tym Twoim głosem, mógłbyś pracować jako anestezjolog- Burknął Nord- Pierdolniesz gadkę i już wszystkich ogarnia znieczulica.
-Komplementy masz równie chujowe, jak Metallica nowego basistę- Odparł Thurm, znów bez cienia emocji.
-Ty już nie wysilaj się na te odpowiedzi bo Ci się swoje mózgowe przesmażą... A tak w ogóle to gdzie jedziemy?
-Do mojego domu, przeczekać dzień, a potem pokażę Ci Twoją nową willę- Odrzekł Parias.
-A teraz idź spać lepiej, bo wyglądasz nieciekawie
-Lepiej niż Twoja stara- Rzucił jeszcze Loki w odpowiedzi i przytuliwszy twarz do szyby niemal od razu zasnął. Gdy wjeżdżali do garażu, właśnie świtało. Koniec wybitnie kiepskiej nocy... Lecz co przyniesie następna?
piątek, 2 maja 2008
Bad night in Oslo part 1
-Wiesz zasrańcu ile to kosztowało?- powiedział odskakując od przeciwnika i chwytając za obrzyn umiejscowiony w olstrze na udzie
-Mam nadzieję że nagroda za Ciebie starczy na nowy- Mruknął i wystrzelił z obu luf naraz, nawet kimś tak silnym jak on, targnął odrzut. Drobinki śrutu, wymieszanego ze srebrem pokrył ciało wilkołaka, wywołując nieopisany ból. Loki stanął nad wijącą się w agonii kreaturą i patrzył nań, czerpiąc perwersyjną przyjemność z owej sceny. Po chwili, nie czekając aż ofiara łaskawa będzie zdechnąć, ukląkł i dobył maczety. Powoli, dokładnie jął odrąbywać łeb jeszcze żywemu garou, nucąc przy tym "People=Shit" SlipKnota, przy czym People zmienił na Werewolves. Trza przyznać, że Wampir polubił tak zwany "Metal", ciężkie brzmienia jakoś napawały go optymizmem.
-Na Bogów jak Ty cuchniesz- mruknął krzywiąc się
-Jesteś gorszy niż ten skurwiel Thor, a on się nigdy nie mył- Dodał po chwili chowając trofeum do torby, musiał mieć dowód, że polowanie zakończyło się sukcesem, wszak kto zaufa na słowo szalonemu Wampirowi? Nikt i dlatego Loki był cynglem na usługach Księcia Oslo. Trzymaj przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. I to się sprawdzało. On wykonywał najbrudniejszą robotę z psychopatyczną wręcz pasją, oni mu płacili i dawali wolną rękę w sprawie likwidacji opozycji. A tej było wiele. Bezklanowcy, Sabat...Wilkołaki...czasem jakiś Upadły. Ostatnio nawet jego "rodzinka" zaczęła się budzić. Tak więc Wampir miał pełne ręce roboty, choć przeklinał czasem takie dni jak dzisiejszy...kiedy idzie się na prostą robotę i dostaje nielichy wpierdol. "Wilkołak jest słaby" mówili...taak słaby. Przed nim leżał teraz ahorun Pomiotu Fenrisa, najprawdopodobniej główny wojownik caernu z Oslo. Trzystukil0wa maszyna do zabijania. Jedynie swym umiejętnościom Wampir zawdzięczał fakt, że żyje. Czasem podejrzewał, że sam Książę podaje mu fałszywe nieco dane aby się go pozbyć. Pech w tym, że Loki był naprawdę potężny...w końcu czwarte pokolenie to już nawet nie rzadkość...to unikat.
Teraz zaś spokojnym krokiem kierował się do Pałacu po nagrodę. Nie spodziewał się odwetu ze strony kumpli zabitego, przynajmniej nie dziś. Drzwi otworzył jak to miał w zwyczaju, z kopa. Strażnicy natychmiast unieśli broń...i równie szybko ją opuścili...wiedzieli, ze nie daliby mu rady, byli za wolni...za słabi. Jedynie najlepiej wyszkoleni Assamici stanowili dla niego zagrożenie...i na szczęście jeszcze żaden się nim nie zainteresował. Loki z uśmiechem przyglądał się przerażeniu jakie gościło na twarzach reszty Spokrewnionych...a zwłaszcza samego Księcia. Lecz dziwić im się nie wolno...Ravnos, który skosztował krwi Malkavianina...zaiste Loki linię krwi miał ciekawą i przerażającą. Rzucił głowę na biurko, za którym siedział Jormund z klanu Vemtrue. Książę Oslo. Jego niska, otyła sylwetka drżała na sam widok zabójcy.
-Ten był silny, podwójna stawka- powiedział Loki chłodnym tonem...wiedział, że mężczyzna będzie się spierał, ale i tak da za wygraną i przystanie na żądanie
-Ale jak to? przecież to zwykły garou...ledwie szczenię- wysapał Jor z trudem ukrywając drżenie głosu
-Moja dupa a nie szczenię- odpowiedział zabójca, wyjmując łeb z worka i pokazując tatuaż za lewym uchem.
-Alfa stada z Oslo, więc jak? Płacisz czy mam zadzwonić do jego kumpli? A wtedy będziesz miał na głowie całe zasrane norweskie stad0- rzekł obojętnym wciąż tonem pochylając się nad Księciem. Gdyby wampiry się pociły to Jormund byłby teraz przemoczony do suchej nitki...jego strach był niemal namacalny. Drżącymi ze strachu rękoma sięgnął do szuflady biurka i wyjął zeń dwa pliki banknotów po tysiąc euro każdy.
-Ja nie wiedziałem- mruknął wręczając Lokiemu pieniądze
-A ja jestem sierotka pierdolona Marysia- odpowiedział tamten odbierając zapłatę i chowając ją do kieszeni płaszcza. Księcia i resztę zatkało na taką bezczelność, nikt jednak nie wyżekł słowa, toteż Loki skierował się do wyjścia.
-A i jeszcze jedno...tydzień wolnego- rzucił zatrzaskując za sobą drzwi. Nie dostrzegł już ręki Księcia sięgającej po telefon.
Introducing Loki
-To będzie ciekawe- Mruknął pod nosem i ruszył. Biegł tak szybko jak tylko Spokrewnieni potrafią, nasycając swoje zmysły doznaniami z tego nowego świata. Zapach spalin...odgłosy miasta...wszystko takie dziwne...gdzież się podziały czasy gdy królowała stal? Ciężko mu chyba będzie przyzwyczaić się do tylu zmian. Nim jeszcze dotarł do miasta, do tego zbiorowiska brudu, zamkniętego w wysokich, murowanych budynkach, wyczuł znajomą woń...woń która nie tylko atakowała nozdrza, lecz i jakiś dziwny, ukryty zmysł. Trzoda...jeden człowiek...blisko....bardzo blisko. Tak, tam za drzewem, Mężczyzna ok 20 lat. Nie poczuł nawet, gdy Thor jednym skokiem wylądował na jego plecach i wbił zęby w tętnicę. Słodka krew spływała do gardła Wampira, uzupełniając jego nadwątlone przez wieki snu siły. Gdy już wychłeptał całą Vitae, wstał ocierając usta i uważniej przyjrzał się ofierze. Dziwne spodnie...kurta zapięta a bez guzików...cóż to się porobiło. Już miał zdjąć ubranie z człowieka, lecz jednak duma wzięła górę nad rozsądkiem. On...Thor syn Odyna nie założy łachów, które miała na sobie Trzoda. Nawet nie ukrył ciała..."któż ośmieli się podnieść rękę na Boga" pomyślał i ruszył w stronę miasta, tym razem już krokiem spokojniejszym, wszak pierwszy głód nasycił. Chłonął wszystkimi zmysłami otoczenie. Im bliżej był miasta, tym mocniej odczuwał jak świat się zmienił, jak wiele potrwa nim na powrót nim zawładnie, by przywrócić chwałę należną mieszkańcom Asgardu. Ludzie, których mijał dziwnie na niego patrzyli, słyszał ich śmiechy, widział jak wytykają go palcami, chciał rzucić się na nich...rozszarpać gołymi rękami, lecz wiedział, że to jeszcze nie czas. W jakim zaułku trafił na kolejną ofiarę...młoda kobieta, jej Vitae była wyjątkowo słodka...
-Oj Thor, Thor, wiecznie dumny i wiecznie głupi- usłyszał nagle znajomy, przepełniony drwiną głos. Spojrzał w górę i ujrzał go... Na dachu parterowego budynku przykucnął mężczyzna w długim, czarnym płaszczu, z rękawami pokrytymi runami. Jego długie, jasne włosy sięgały połowy pleców, zaś w niebieskich oczach czaił się obłęd. Thor od razu rozpoznał Wampira...Loki, ten który ich zdradził Inkwizycji i wydał na śmierć
-Zabiję Cię!- krzyknął, dobywając miecza, wieki treningu uczyniły jego dłoń pewną. Zakręcił kilka razy młynka i stanął w pozycji do walki. "to będzie szybkie starcie" pomyślał widząc iż oponent nie ma broni.
-Zabijesz mnie? Tą wykałaczką?- Zaśmiał się Loki, a jego ręka błyskawicznie sięgnęła do kabury pod pachą i dobyła pistoletu.
-Nigdy nie potrafiłeś się dostosować do otoczenia- powiedział, uśmiechając się paskudnie... i pociągnął za spust. Igilca zderzyła się ze spłonką, wywołując eksplozję ładunku miotającego, niewiele głośniejszą od klaśnięcia, dzięki zamontowanemu na lufie tłumikowi. Siła gazów odsuneła w tył zamek pięknie zdobionej Beretty, wyrzucając pustą łuskę. Pocisk z uranowym trzpieniem pomknał z ponadźwiękową prędkością, trafiając w głowę Thora. Eksplodował, rozrywając czaszkę i zdobiąc okoliczne ściany kawałkami kości i mózgu, przetkanymi plamami krwi. Loki spokojnym ruchem uniósł broń na wysokość twarzy i teatralnie zdmuchnał niewielką smużkę dymu wydobywającą się z lufy. Schował broń i zeskoczył wprost obok ciała swego Brata Krwi
-Czasy się zmieniły Braciszku, nie ma w nich miejsca dla zapomnianych Bogów- Rzekł i odwrócił się na pięcie ruszając w sobie tylko znanym kierunku. Przez chwilę słychać jeszcze było cichy śmiech szaleńca...